Instynkt bez wiedzy nie zadziała jak trzeba. Młoda mama po porodzie jest w najbardziej wrażliwym punkcie swojego życia, ma asertywność na poziomie minusowym i posłucha każdego, kto deklaruje, że chce dla jej dziecka dobrze, a ONA ROBI ŹLE. Chyba że ma wiedzę nabytą wcześniej. Chyba że spędziła co najmniej tyle samo czasu na czytaniu o karmieniu piersią (toż to sam instynkt, tyle że nie), ile na wybieraniu obicia wózka. Chyba że poczytała w internetach i wybrała szpital z dobrą kadrą, wspierający. Codzienność, związek, syn, córka, chustonoszenie, przyjaciele, joga, koty, książki, gotowanie.
sobota, 30 stycznia 2016
Co z tą wiedzą?
Instynkt bez wiedzy nie zadziała jak trzeba. Młoda mama po porodzie jest w najbardziej wrażliwym punkcie swojego życia, ma asertywność na poziomie minusowym i posłucha każdego, kto deklaruje, że chce dla jej dziecka dobrze, a ONA ROBI ŹLE. Chyba że ma wiedzę nabytą wcześniej. Chyba że spędziła co najmniej tyle samo czasu na czytaniu o karmieniu piersią (toż to sam instynkt, tyle że nie), ile na wybieraniu obicia wózka. Chyba że poczytała w internetach i wybrała szpital z dobrą kadrą, wspierający. wtorek, 5 stycznia 2016
I'm on seafood diet
Dzisiaj rano napadła mnie myśl, która wymaga jakiegoś większego rozwinięcia. Otóż uwielbiam gotować, lubię jeść, ale nie znoszę myśleć o jedzeniu. Myśl ta najprawdopodobniej napadła mnie, bo ostatnio coraz więcej widzę, słyszę, czytam o znajomych na różnego rodzaju dietach. A dieta to dla mnie kwintesencja konieczności myślenia o żarciu w każdej sekundzie. To całe planowanie, czytanie etykiet, przeliczanie, ważenie, czytanie artykułów, nakręcanie się nieustanne. Czasami spowodowane kwestiami zdrowotnymi — tak, byłam tam, musiałam jeść w określony sposób, nigdy więcej — i tu wymóg diety rozumiem. W innym przypadku to tylko wybór. Wybór, który szanuję, choć nie zawsze jestem w stanie zrozumieć. Bo ja naprawdę nie znoszę myśleć o żarciu. Jasne, teraz, kiedy żywię nie tylko siebie, ale też małego człowieka, do mojej kuchni chyłkiem wprowadziła się kasza jaglana, płatki owsiane, mleko roślinne; więcej też pieczemy i dusimy niż smażymy. Ale poza tym moja miłość do dobrych smaków wygrywa. Jak coś jest dobre, to to jemy. Tak, białe pieczywo też. Tak, parówki też. Warzywa i owoce z marketu też się zdarza, choć pod blokiem mam niezły warzywniak i tam się zaopatruję — choć w sumie to jeden pies, wszyscy biorą towar z jednego źródła przecież. Mięso kupuję w sklepie mięsnym na rynku lub (zgroza!) w markecie. Tak, kurczaki też. Nie żeby mały człowiek w ogóle jadał mięso, on żyje na owsiance, owocach, ziarnach, chlebie i moim mleku. Ma się dobrze.A ogólnie to chyba chciałam napisać, że życie ogólnie jest niezdrowe i prowadzi do śmierci. Przyjemności jest w zasadzie niewiele, więc bardzo świadomie nie zamierzam ograniczać jednej z nich. Bo naprawdę ja lubię dobre żarcie. Jak jest przy okazji zdrowe, to tym lepiej dla niego.
PS. Blogger mi tu podpowiada, że to 40 wpis na tej inkarnacji bloga. Ładna liczba.
środa, 9 września 2015
20 minut
Czyli podsumowując stan na dzisiaj:
MEH.
A tak w ogóle to zleceń szukam. Zdalnie najlepiej, korekta, redakcja, skład, żebym mogła po nocach robić (perspektywa zarobienia pieniędzy skutecznie odpędza sen, zaręczam). Jakby ktoś coś wiedział, słyszał, to zapraszam.
środa, 26 sierpnia 2015
Polcon
Wyjazd do Poznania był świetny. Po pierwsze dlatego, że bardzo lubię to miasto; po drugie, ponieważ były to pierwsze nasze wakacje od stycznia 2014 i pierwsze wspólne - we trójkę; po trzecie, ponieważ był Polcon, byli ludzie, były dewirtualizacje. Ale po kolei.
Mieliśmy jechać samochodem, pojechaliśmy pociągiem i był to strzał w dziesiątkę. Bilety kupione online, zapłacone online, wydrukowane samodzielnie - hAmeryka, panie, i nieco zaoszczędzonego stresu. Bagażowo mieliśmy duży plecak, mały plecak i wózek ze Staśkiem. Ręce wolne, co zawsze jest moim celem, jak gdzieś wyjeżdżam. Wsiedliśmy na stacji Łódź Chojny trzy kroki od domu, więc ominęła nas gorączka tłumu na Kaliskiej - następny dobry pomysł. Już na stacji zamotałam Młodego w chustę, co ułatwiło wdrapywanie się do pociągu i późniejsze zasypianie. Bo Staś w pociągu spał na początku, potem się bawił (oprócz nas jedna osoba w przedziale), potem trochę marudził, bo nudno i się tłoczniej zrobiło, więc nie mógł swobodnie raczkować po podłodze.
Następny dzień spędziliśmy w większości na terenie konwentu i pobliskiej Malcie, żonglując opieką nad synem. Nie jest to hiperwygodne rozwiązanie, ale sprawdziło się tym razem. Młody spędził dzień raczkując po polibudowych trawnikach i zaczepiając ludzi, rodzice byli na prelekcjach i spotkaniach autorskich. Wszyscy zadowoleni :)
W sobotę z grubsza powtórzył się system piątkowy plus miałam przemiłe spotkanie "kolorowankowe" na kocyku. Ogólnie kocyki tzw. piknikowe rządzą, jak nie macie, to sobie sprawcie. W sobotę była już grana chusta wieczorem, bo Stasiek przedawkował nowe ciotki i wujków i był już bardzo marudny pod wieczór. Dlatego również ominęliśmy galę Zajdlową, smuteczek. Miałam nadzieję, że się da. Na szczęście relacja na blabie i fb była na żywo. Oczywiście wygrali moi faworyci, a jak.
Niedzielę spędziliśmy zwiedzając miasto, bo T. był w Poznaniu pierwszy (choć zapewnia, że nie ostatni) raz. Żałuję, że nie udało mi się spotkać z poznańskimi znajomymi, bo oczywiście jak raz na ruski rok przyjeżdżam do tego miasta, to wszyscy miejscowi z niego wyjeżdżają :D Ale nadrobi się.
Wracaliśmy również pociągiem, tym razem tłoczniejszym (niedziela, trasa Świnoujście-Kraków, prawda). Ale współpasażerowie byli przemili, zabawiali Stasia i nie wykazywali zniecierpliwienia jak miał chwile słabości. Bo ogólnie jeżdżenie pociągiem podoba mu się bardziej niż samochodem.
W przyszłym roku Polcon jest we Wrocławiu, Staś będzie miał niecałe 2 latka i plan jest, by rodzice się wyrwali bez niego. Pożyjemy, zobaczymy.
czwartek, 6 sierpnia 2015
YOU KNOW NOTHING
Zdaję sobie sprawę, że większość moich wpisów na portalach społecznościowych dotyczy ostatnio Stasia i tematów okołodzieciowych. Naprawdę, zdaję sobie z tego sprawę. Choć dwa lata temu (ba, rok temu, jak jeszcze w ciąży byłam) na ludzi robiących wtedy dokładnie to, co ja teraz, patrzyłam z politowaniem i westchnieniem podenerwowania czasami, mamrocząc pod nosem inwektywy o odpieluszkowym zapaleniu mózgu, tak teraz głównie się z siebie śmieję, gdy publikuję kolejne zdjęcie syna lub jakieś coś o karmieniu piersią, chociażby. Nie będę Was prosić o wybaczenie, bo serio twierdzę, że nie ma co wybaczać. Taki mam etap w życiu, że się zachłystuję tym nowym życiem, które stworzyłam. Przejdzie mi kiedyś. Jak mnie lubicie (a lubicie, nie?) to poczekacie. A w międzyczasie możecie sobie mnie odfiltrować z aktualności na fejsbuniu, nie obrażę się, zapewniam ;)Zmieniłam teraz nastawienie do wielu rzeczy, od wpisów świeżych rodziców począwszy, na sposobie karmienia niemowlaka skończywszy. Pewne rzeczy wcześniej uznawane za nieważne lub zbywane wzruszeniem ramion stały się teraz ważne, inne odwrotnie. Bo macierzyństwo funduje takie przemeblowanie w głowie, że zaprawdę czuję się, jakbym wcześniej była jak John Snow i nie wiedziała NIC. Bo niedzieciaci w kwestii dzieci naprawdę nie wiedzą nic. Dużo rzeczy im się wydaje (jako i mnie się wydawało i miałam rację, wydawało mi się), ale wiedza w tym aspekcie życia przychodzi tylko przez doświadczenie. Ja nadal wiem niewiele ponad nic.
A z rzeczy pozadzieciowych - jadę z rodziną (cholera, miało nie być o dzieciach!) na Polcon. I naprawdę, naprawdę już się nie mogę doczekać :)
wtorek, 23 czerwca 2015
Taki dzień
Od rana pada. Zgodnie z codzienną rutyną synu obudził się tuż po szóstej, zacieszył do kota Hirka, stęknął, został przewinięty i matka polka od karobu poszła robić placki na mleku ryżowym z amarantusem. W tym czasie Stasiek nieortodoksyjnie siedział w wózku wprowadzonym do kuchni i bawił się drzwiami od szafki.
Zjedliśmy śniadanie (ja zjadłam, synu głównie rozrzucił) i widząc szerokie ziewnięcia u latorośli, zdecydowałam, że kładziemy się na mleko i dosypianie.
I zaczął się ryk. I gryzienie. I więcej ryku. Po pół godzinie noszenia, bujania, Maroon 5 z jutuba (don't ask), matka polka odkryła, że dziecko zachomikowało na podniebieniu placka ze śniadania. I że z takim bagażem w paszczy ciężko się przyssać do matki i pójść spać. W ogóle ciężko cokolwiek poza rykiem. Pozbyła się zatem matka polka bagażu (unikając pogryzienia sześcioma zębami) i tak oto synu westchnął, przyssał się i zasnął. A matka obok niego.
Nadal pada. Synu nadal śpi. Odmawiam wychodzenia z łóżka.
niedziela, 7 czerwca 2015
Jak nie teraz, to kiedy?
Moja Mama zachorowała.
Nie, wróć.
Moja Mama została miesiąc temu zdiagnozowana. Diagnoza brzmiała strasznie, przerażająco, załamująco. Uruchomione zostały kontakty wszelakie, od badania do operacji minęły ledwie 3 tygodnie. Już jest po, wszystko poszło najlepiej jak moglo, teraz czekamy na wizytę u onkologa i decyzję odnośnie chemioterapii. Po drodze toczy się życie.
A dwa miesiące temu zastanawiałam się, czy wypada mi założyć jakiś ciuch, czy może jednak tyłek za gruby a ja za stara. Mama popatrzyła na mnie i zapytała:
"Olcik, jak nie teraz, to kiedy?"




