niedziela, 30 listopada 2014

Ja wam mówię: jest dobrze, jest dobrze, jest dobrze, ale nie najgorzej jest

Mam 29 lat.

Mam
męża, syna, dwa koty, nieskończone studia, niedoleczoną depresję, na koncie parę zawodowych porażek i parę fajnych projektów, wspaniałych przyjaciół i znajomych, cudownych rodziców, duże grono internetowych znajomych, które zawsze jest i wspiera, gdy zajdzie konieczność.

Staję się
matką, to proces długotrwały; chustoświrką (od chust do noszenia dzieci, jakby kto nie wiedział), powoli wracam do bycia jogoświrką (na razie jedno popołudnie z jogą w tygodniu).

Chcę
w zasadzie na razie niewiele i dobrze mi z tym. Przespana noc jest dość wysoko na liście, ale to by trzeba było ponegocjować ze Stanisławem, ale on jest na razie w wieku, kiedy mało co da się wynegocjować. Parę chust bym chciała, ale też nie mam jakieś spinki. Przydałoby się zdrowie i żeby mnie dopadła amnezja, jeśli chodzi o poród, bo nie chcę mieć jedynaka. W dalekiej perspektywie chcę na kurs InDesigna do Krakowa.  No i czekoladę. Czekolada jest zawsze mile widziana.

No to teraz zanućcie ze mną.


środa, 12 listopada 2014

Lekcje od noworodka

Lekcja pierwsza: Przysposobienie obronne
Zawsze miej przy sobie co najmniej dwie pieluchy jak wychodzisz gdzieś dalej niż do parku po drugiej stronie ulicy. A najlepiej trzy. Bo numer dwa bankowo pójdzie 5 minut po zmianie pieluchy w lokalizowanym długo "pokoju dla matki z dzieckiem". Przez te 5 minut zdążysz jednakowoż przemieścić się na drugi koniec przybytku handlowego. Z dala od sklepu dającego pieluchy.

Lekcja druga: Muzyka
Na YouTube jest mnóstwo dziesięciogodzinnych nagrań deszczu lub szumu ulicy. Powkładaj je w zakładki na wierzchu przeglądarki, tak żeby można było je włączyć jedną ręką. Lub nosem.

Lekcja trzecia: Joga w parach
Spanie na rodzicach jest najlepsze. Zawsze. Ciepło, miło, znajomy zapach, znajomy rytm serca i oddechu. Pamiętaj, żeby mieć pod ręką kilka jaśków i kocy, żeby móc podeprzeć siebie łokieć. I kark. I ciesz się przytulonym dzieckiem, bo za marne 7-9 lat usłyszysz przed szkołą jedynie "cześć" i "jestem za duży na przytulanie".

Kolejne lekcje już wkrótce.

czwartek, 30 października 2014

Staś

Jestem mamą od ponad dziesięciu tygodni. Mój synek nie jest już taki malutki, taki delikatny, tak wrażliwy na świat. Ma swoje małe przyzwyczajenia, swój rytm, swoje zdanie (które najczęściej sprowadza się do komunikatu "jeść!"). Uczę się tego małego człowieka w każdej sekundzie, uczę się też na nowo siebie.

Poród był długi i bardzo ciężki, a dni tuż po nim, kiedy leżeliśmy ze Stasiem rozdzieleni trzema piętrami, były jednymi z najgorszych w moim życiu. Może to zabrzmi śmiesznie, ale przy mniej więcej zdrowych zmysłach trzymały mnie sesje z laktatorem co trzy godziny przez całą dobę. Bo tyle mogłam zrobić. Warto było, bo teraz karmię i z laktacją problemów nie mam.

Teraz trochę wracam do rzeczywistości, chodzę na spotkania łódzkich zachustowanych mam (jeśli jeszcze nie wiecie, to chusta do noszenia dzieci to piękno i dobro), a nawet byłam na jodze. Czułam się dziwnie niepełna, bo byłam sama, bez syna, ale poszłam i nie żałuję. Może powoli uda mi się odzyskać tę wyjogowaną część mnie.

piątek, 29 sierpnia 2014

Rozmowy wewnętrzne

Jedyne moje zdjęcia w ciąży to selfie. 

Ciąża mija bardzo szybko. Bardzo szybko, zaskakująco szybko, a jednocześnie na tyle powoli, że nie widzisz na co dzień twojego zmieniającego się ciała, ewolucja jest powolna i tylko nagle WTEM nie możesz zawiązać samodzielnie swoich trampek z Iron Menem, bo po drodze jest wystający brzuch i po prostu się nie da. Do glanów się nawet nie przymierzam.

Te dziewięć miesięcy jest u mnie przedzielone dwoma stresowymi momentami - ślubami mojej najlepszej przyjaciółki w lipcu i ślubem mojego najlepszego przyjaciela, już teraz zaraz, za dwa dni. Oczywiście, że tydzień przed pierwszym wydarzeniem dostałam skierowanie do szpitala i tylko upór w zasięgnięciu drugiej opinii mnie przed nim uchronił. Tylko na weselu nie byłam długo.
Teraz, przed drugim ślubem, prowadzę rozbudowane monologi wewnętrzne zaklinając mojego syna, żeby jeszcze posiedział w hotelu co najmniej dwa tygodnie. Tłumaczę mu również, że niedziela będzie dniem wujka Piotrka i że nieładnie jest kraść komuś ważne dni. Poza tym kto by się chciał urodzić tego samego dnia, co jego kuzyn? Na razie wydaje się, że Staś wszystko rozumie i siedzi grzecznie, wysoko, bez szaleństw. Poza okazjonalnym kopniakiem w mój żołądek, ale szczerze - każdemu się może zdarzyć przy tak ograniczonym metrażu.

A w poniedziałek idę do fryzjera, żegnajcie długie kudły! Może zatęsknię, za jakieś parę lat.

środa, 30 lipca 2014

Temat, który musi się pojawić

Szczególnie na blogu przyszłej matki. Tak, będzie o karmieniu piersią przemyśleń kilka. Im bliżej do daty porodu (OMGs, to już tylko dwa miesiące!!), tym częściej się po prostu o tego sprawach myśli. Przeleję więc owe myśli w Sieć teraz, żeby może potem nie musieć odpowiadać na trylion głupich pytań. Będę mogła po prostu odsyłać do wpisu, taka jestem sprytna. ;)

Tak naprawdę inicjatorem tej notki był wpis na Facebooku u znajomego, któremu parę dni temu urodziła się córeczka (Repku, gratulujemy raz jeszcze!). Wpis był techniczny, pytanie dotyczyło podgrzewania mleka modyfikowanego. Po daniu odpowiedzi zgodnej z moją wiedzą i doświadczeniem (no jednak było się te prawie dwa lata nianią, c'nie), przeczytałam potem z ciekawości resztę odpowiedzi. I tylko czekałam, aż ktoś zacznie temat karmienia piersią i dlaczego mleko modyfikowane. Bo że ktoś się o to zapyta, to było pewne jak podatki. I że zaczną się o to dyskusje, pewne było takoż. Bo karmienie/niekarmienie piersią to temat rzeka, temat polityczny i temat, na który każdy ma zdanie. Nawet jeśli sam dzieci nie ma.

No to teraz, co myślę ja. Bo, niespodzianka, też mam jakieś zdanie.

Ogólnie jestem przeciwna tak zwanemu terrorowi laktacyjnemu, czyli poglądowi, że każda, absolutnie każda matka musi karmić piersią, bo (tu litania argumentów prozdrowotnych), bo (tu litania argumentów związanych z bliskością), bo (tu litania argumentów pt. ja tak robię, więc jest to najlepsze, bo najmojsze). No przykro mi, nie przekonuje mnie to. Szanuję każdą decyzję, jaką podejmuje matka/rodzice, bo wychodzę z - może głupiego - założenia, że te 99% matek chce dla dziecka tego, co najlepsze w jej sytuacji i w jej prywatnym i osobistym przypadku rodzinnym. Poza tym nikt mi nie powie, że dziecko karmione mlekiem modyfikowanym jest głodzone i strasznie zaniedbane, no bo proszęęęę, to bezedura jakaś. Nadchodzi jednak jedno, wielkie, soczyste ALE.

ALE.

Szanuję każdą decyzję podejmowaną przez matkę, o ile jest ona podejmowana przy posiadaniu pełnej, możliwie nieskażonej ideologią, wiedzy odnośnie różnic w karmieniu piersią a karmieniem mlekiem modyfikowanym. Bo przypadków, gdy kobieta fizjologicznie nie może karmić/nie ma pokarmu jest naprawdę bardzo mało (co nie znaczy, że się nie zdarza, po prostu jest bardzo mało, nie powiem dokładnie ile, bo nie chce mi się szukać źródeł). Między bajki można włożyć teksty pt. "ma Pani zły pokarm!", "dziecko się nie najada, ma Pani za cienkie/chude mleko!", "płacze, bo na pewno nie dojada!" (niespodzianka, niemowlę może płakać z wielu różnych powodów, bo to - duh - jego jedyna możliwość na komunikowanie się ze światem), "straciła Pani pokarm!" (mówione w drugiej, trzeciej dobie po porodzie), "po cesarce nie da się karmić piersią!", itepe, itede. Drażni mnie, że położne w szpitalach celują w takich tekstach i doprowadzają biedną, wymęczoną świeżą matkę do spazmów z poczucia winy. Bo to po prostu jest gówno prawda i dobrze mieć tego świadomość. Jeśli kobieta była w dobrej szkole rodzenia, przeczytała jakąś mądrą książkę z zakresu kp, ma telefon do najbliższej poradni/konsultantki laktacyjnej, wszystko po porodzie działa jak trzeba (siara, te sprawy), ale podejmuje mimo wszystko decyzję o niekarmieniu piersią (tak! nawet z powodu wygody!), to ja nie mam nic do tego. Jej dziecko będzie szczęśliwe, bo ona będzie szczęśliwa i nie będzie w stresie, bo robi coś, czego nie chce. Tylko tyle i aż tyle. Żyj i pozwól żyć innym.

A ponieważ już niedługo ja będę przez szeroko pojęte środowisko maglowana w sprawach żywienia Stasia, oświadczam, co następuje: zamierzam karmić piersią. Nie dlatego, że rodzicielstwo bliskości, blabla (serio, niektóre tezy z książki pani Stein mnie wykręcają, niektóre są ok). Nie dlatego, że uważam, że mleko modyfikowane to samo ZUO, MROK I SZATAN. Dlatego, że chcę i uważam to za naturalne. Jednocześnie przyjmuję do wiadomości, że może się nie udać i serio, jakoś nie sądzę, bym bardzo płakała z tego powodu (trochę mogę). Przy czym oświadczam publicznie, że jeśli ktokolwiek skomentuje moją dietę podczas karmienia Młodego (np. zaglądając mi w talerz i pytając, czy jestem pewna, że to mogę jeść - w wersji light), spróbuje mnie wpędzać w poczucie winy, bo Młody na kolkę i to na pewno przez coś, co zjadłam/nie zjadłam, spróbuje mnie przekonać, że powinnam dopajać glukozą lub innym świństwem (przykro mi, ale nie) lub dokarmiać czymś poza mlekiem do skończenia przez Młodego tego szóstego miesiąca (przykro mi, ale nie) - jeśli ktoś spróbuje zrobić tego typu komentarz, reakcją będzie gwałtowne odcięcie się od pytającego. Gdyż szczerze, jestem już dość duża, by podejmować własne decyzje i dość dojrzała, by wiedzieć, że nie wszystkich da się zadowolić, więc czasami lepiej się odciąć dla własnego zdrowia psychicznego. A że jednocześnie jednostka zostanie odcięta od mojego syna - O JAK MI PRZYKRO.

No. To tyle w temacie.

PS Zdjęcie stąd: http://img.howcast.com/thumbnails/500832/following_a_good_breastfeeding_diet_xxxlarge.jpg

piątek, 27 czerwca 2014

Po trochu, po troszeczku...

Na poziomie języka, nieświadomie, niewinnie, ginę.

"Co u was?"
"Jak się czujecie?"
"Cześć Wam!"

Im bardziej widoczna ciąża, tym mniej widoczna jestem ja. Mój syn po trochu, po troszeczku, zyskuje tożsamość, ja ją tracę. I za każdym razem, gdy ktoś do mnie powie na "wy" zgrzytam nieco zębami, liczę do trzech i odpowiadam spokojnie, bo przecież wiem, że to niezamierzone, że to z sympatią. W końcu aktualnie jestem systemem "2w1", z czego jedna składowa jeszcze przez planowe trzy miesiące nie ma głosu, więc ja jestem jej głosem, to naturalne. Wdech-wydech.

Pamiętajcie tylko, że ja też jestem, ok? JA.

piątek, 13 czerwca 2014

Odciążowe zapalenie mózgu

Zapominam.

O wszystkim.
O ludziach.
O zobowiązaniach.
O planach.
O książkach.
O tym, co mam kupić w sklepie.

Gdyby nie kalendarz, zapominałabym o lekarzach.

Rządzi mną organizm, i to nawet nie mój, tylko Stasia. Wstaję głodna jak wilk i dopóki nie zjem śniadania mój mózg nie jest w stanie przyjąć prawie żadnych informacji. Siadam do komputera, miałam coś zrobić. Coś komuś wysłać. Dumam, dumam i moje myśli uciekają w kwestie wyprawki dziecięcej, zakupów w Ikea, porządku w szafie. Mały zaczyna się ruszać, nie lubi jak siedzę przy komputerze. Wstaję, kładę się, biorę leki, przysypiam. Budzę się, kwadrans zajmuje mi zafascynowana obserwacja, jak mój brzuch faluje, gdy mój syn ćwiczy przewroty i kopniaki. Głaskam koty. Coś miałam zrobić? Gdzieś, kiedyś? Naprawdę?

Nie będzie przesadą, jak powiem, że wszystkie wyższe myśli są u mnie aktualnie wyłączone. Jeść, spać, dumać o wyposażeniu domu (serio, to jedyne abstrakcyjne myśli ostatnio, chyba mi się wcześniej wicie gniazda włączyło), denerwować się, jak mały się za mało porusza, choć wiem, że pewnie śpi, bo właśnie zrobiłam kilka rund po mieszkaniu, w zasadzie bez celu. No dobra, trzy razy otworzyłam lodówkę.

Przeczytanie książki zajmuje mi wiele dni. Beksińscy leżą przeczytani w połowie, Bator w jednej trzeciej. Nawet książki o okołodzieciowe męczą mnie po kwadransie, chociaż to może dlatego, że przy ostatniej wzruszam się i beczę średnio trzy razy na rozdział ("Projekt macierzyństwo", jakby się kto pytał).

Z mądrych książek przeczytanych wcześniej wiem, że to "zapalenie mózgu" jest normalne. Że minie. Ale wiecie, jak coś ode mnie chcecie, to nie bójcie się przypominać. Uparcie i przez wszystkie kanały komunikacji. No, może nie dzwońcie po 21:00, bo już śpię. Jak nie odpisuję od razu, to dajcie mi chwilę na walkę ze wstydem, że kogoś zaniedbałam, na zapomnienie i przypomnienie sobie. Bo w końcu sobie przypominam.

(Napisanie notki zajęło mi godzinę.)


PS Podziwiam kobiety, które w tym czasie ciąży pracują zawodowo. Naprawdę - szacun.