czwartek, 30 października 2014

Staś

Jestem mamą od ponad dziesięciu tygodni. Mój synek nie jest już taki malutki, taki delikatny, tak wrażliwy na świat. Ma swoje małe przyzwyczajenia, swój rytm, swoje zdanie (które najczęściej sprowadza się do komunikatu "jeść!"). Uczę się tego małego człowieka w każdej sekundzie, uczę się też na nowo siebie.

Poród był długi i bardzo ciężki, a dni tuż po nim, kiedy leżeliśmy ze Stasiem rozdzieleni trzema piętrami, były jednymi z najgorszych w moim życiu. Może to zabrzmi śmiesznie, ale przy mniej więcej zdrowych zmysłach trzymały mnie sesje z laktatorem co trzy godziny przez całą dobę. Bo tyle mogłam zrobić. Warto było, bo teraz karmię i z laktacją problemów nie mam.

Teraz trochę wracam do rzeczywistości, chodzę na spotkania łódzkich zachustowanych mam (jeśli jeszcze nie wiecie, to chusta do noszenia dzieci to piękno i dobro), a nawet byłam na jodze. Czułam się dziwnie niepełna, bo byłam sama, bez syna, ale poszłam i nie żałuję. Może powoli uda mi się odzyskać tę wyjogowaną część mnie.

piątek, 29 sierpnia 2014

Rozmowy wewnętrzne

Jedyne moje zdjęcia w ciąży to selfie. 

Ciąża mija bardzo szybko. Bardzo szybko, zaskakująco szybko, a jednocześnie na tyle powoli, że nie widzisz na co dzień twojego zmieniającego się ciała, ewolucja jest powolna i tylko nagle WTEM nie możesz zawiązać samodzielnie swoich trampek z Iron Menem, bo po drodze jest wystający brzuch i po prostu się nie da. Do glanów się nawet nie przymierzam.

Te dziewięć miesięcy jest u mnie przedzielone dwoma stresowymi momentami - ślubami mojej najlepszej przyjaciółki w lipcu i ślubem mojego najlepszego przyjaciela, już teraz zaraz, za dwa dni. Oczywiście, że tydzień przed pierwszym wydarzeniem dostałam skierowanie do szpitala i tylko upór w zasięgnięciu drugiej opinii mnie przed nim uchronił. Tylko na weselu nie byłam długo.
Teraz, przed drugim ślubem, prowadzę rozbudowane monologi wewnętrzne zaklinając mojego syna, żeby jeszcze posiedział w hotelu co najmniej dwa tygodnie. Tłumaczę mu również, że niedziela będzie dniem wujka Piotrka i że nieładnie jest kraść komuś ważne dni. Poza tym kto by się chciał urodzić tego samego dnia, co jego kuzyn? Na razie wydaje się, że Staś wszystko rozumie i siedzi grzecznie, wysoko, bez szaleństw. Poza okazjonalnym kopniakiem w mój żołądek, ale szczerze - każdemu się może zdarzyć przy tak ograniczonym metrażu.

A w poniedziałek idę do fryzjera, żegnajcie długie kudły! Może zatęsknię, za jakieś parę lat.

środa, 30 lipca 2014

Temat, który musi się pojawić

Szczególnie na blogu przyszłej matki. Tak, będzie o karmieniu piersią przemyśleń kilka. Im bliżej do daty porodu (OMGs, to już tylko dwa miesiące!!), tym częściej się po prostu o tego sprawach myśli. Przeleję więc owe myśli w Sieć teraz, żeby może potem nie musieć odpowiadać na trylion głupich pytań. Będę mogła po prostu odsyłać do wpisu, taka jestem sprytna. ;)

Tak naprawdę inicjatorem tej notki był wpis na Facebooku u znajomego, któremu parę dni temu urodziła się córeczka (Repku, gratulujemy raz jeszcze!). Wpis był techniczny, pytanie dotyczyło podgrzewania mleka modyfikowanego. Po daniu odpowiedzi zgodnej z moją wiedzą i doświadczeniem (no jednak było się te prawie dwa lata nianią, c'nie), przeczytałam potem z ciekawości resztę odpowiedzi. I tylko czekałam, aż ktoś zacznie temat karmienia piersią i dlaczego mleko modyfikowane. Bo że ktoś się o to zapyta, to było pewne jak podatki. I że zaczną się o to dyskusje, pewne było takoż. Bo karmienie/niekarmienie piersią to temat rzeka, temat polityczny i temat, na który każdy ma zdanie. Nawet jeśli sam dzieci nie ma.

No to teraz, co myślę ja. Bo, niespodzianka, też mam jakieś zdanie.

Ogólnie jestem przeciwna tak zwanemu terrorowi laktacyjnemu, czyli poglądowi, że każda, absolutnie każda matka musi karmić piersią, bo (tu litania argumentów prozdrowotnych), bo (tu litania argumentów związanych z bliskością), bo (tu litania argumentów pt. ja tak robię, więc jest to najlepsze, bo najmojsze). No przykro mi, nie przekonuje mnie to. Szanuję każdą decyzję, jaką podejmuje matka/rodzice, bo wychodzę z - może głupiego - założenia, że te 99% matek chce dla dziecka tego, co najlepsze w jej sytuacji i w jej prywatnym i osobistym przypadku rodzinnym. Poza tym nikt mi nie powie, że dziecko karmione mlekiem modyfikowanym jest głodzone i strasznie zaniedbane, no bo proszęęęę, to bezedura jakaś. Nadchodzi jednak jedno, wielkie, soczyste ALE.

ALE.

Szanuję każdą decyzję podejmowaną przez matkę, o ile jest ona podejmowana przy posiadaniu pełnej, możliwie nieskażonej ideologią, wiedzy odnośnie różnic w karmieniu piersią a karmieniem mlekiem modyfikowanym. Bo przypadków, gdy kobieta fizjologicznie nie może karmić/nie ma pokarmu jest naprawdę bardzo mało (co nie znaczy, że się nie zdarza, po prostu jest bardzo mało, nie powiem dokładnie ile, bo nie chce mi się szukać źródeł). Między bajki można włożyć teksty pt. "ma Pani zły pokarm!", "dziecko się nie najada, ma Pani za cienkie/chude mleko!", "płacze, bo na pewno nie dojada!" (niespodzianka, niemowlę może płakać z wielu różnych powodów, bo to - duh - jego jedyna możliwość na komunikowanie się ze światem), "straciła Pani pokarm!" (mówione w drugiej, trzeciej dobie po porodzie), "po cesarce nie da się karmić piersią!", itepe, itede. Drażni mnie, że położne w szpitalach celują w takich tekstach i doprowadzają biedną, wymęczoną świeżą matkę do spazmów z poczucia winy. Bo to po prostu jest gówno prawda i dobrze mieć tego świadomość. Jeśli kobieta była w dobrej szkole rodzenia, przeczytała jakąś mądrą książkę z zakresu kp, ma telefon do najbliższej poradni/konsultantki laktacyjnej, wszystko po porodzie działa jak trzeba (siara, te sprawy), ale podejmuje mimo wszystko decyzję o niekarmieniu piersią (tak! nawet z powodu wygody!), to ja nie mam nic do tego. Jej dziecko będzie szczęśliwe, bo ona będzie szczęśliwa i nie będzie w stresie, bo robi coś, czego nie chce. Tylko tyle i aż tyle. Żyj i pozwól żyć innym.

A ponieważ już niedługo ja będę przez szeroko pojęte środowisko maglowana w sprawach żywienia Stasia, oświadczam, co następuje: zamierzam karmić piersią. Nie dlatego, że rodzicielstwo bliskości, blabla (serio, niektóre tezy z książki pani Stein mnie wykręcają, niektóre są ok). Nie dlatego, że uważam, że mleko modyfikowane to samo ZUO, MROK I SZATAN. Dlatego, że chcę i uważam to za naturalne. Jednocześnie przyjmuję do wiadomości, że może się nie udać i serio, jakoś nie sądzę, bym bardzo płakała z tego powodu (trochę mogę). Przy czym oświadczam publicznie, że jeśli ktokolwiek skomentuje moją dietę podczas karmienia Młodego (np. zaglądając mi w talerz i pytając, czy jestem pewna, że to mogę jeść - w wersji light), spróbuje mnie wpędzać w poczucie winy, bo Młody na kolkę i to na pewno przez coś, co zjadłam/nie zjadłam, spróbuje mnie przekonać, że powinnam dopajać glukozą lub innym świństwem (przykro mi, ale nie) lub dokarmiać czymś poza mlekiem do skończenia przez Młodego tego szóstego miesiąca (przykro mi, ale nie) - jeśli ktoś spróbuje zrobić tego typu komentarz, reakcją będzie gwałtowne odcięcie się od pytającego. Gdyż szczerze, jestem już dość duża, by podejmować własne decyzje i dość dojrzała, by wiedzieć, że nie wszystkich da się zadowolić, więc czasami lepiej się odciąć dla własnego zdrowia psychicznego. A że jednocześnie jednostka zostanie odcięta od mojego syna - O JAK MI PRZYKRO.

No. To tyle w temacie.

PS Zdjęcie stąd: http://img.howcast.com/thumbnails/500832/following_a_good_breastfeeding_diet_xxxlarge.jpg

piątek, 27 czerwca 2014

Po trochu, po troszeczku...

Na poziomie języka, nieświadomie, niewinnie, ginę.

"Co u was?"
"Jak się czujecie?"
"Cześć Wam!"

Im bardziej widoczna ciąża, tym mniej widoczna jestem ja. Mój syn po trochu, po troszeczku, zyskuje tożsamość, ja ją tracę. I za każdym razem, gdy ktoś do mnie powie na "wy" zgrzytam nieco zębami, liczę do trzech i odpowiadam spokojnie, bo przecież wiem, że to niezamierzone, że to z sympatią. W końcu aktualnie jestem systemem "2w1", z czego jedna składowa jeszcze przez planowe trzy miesiące nie ma głosu, więc ja jestem jej głosem, to naturalne. Wdech-wydech.

Pamiętajcie tylko, że ja też jestem, ok? JA.

piątek, 13 czerwca 2014

Odciążowe zapalenie mózgu

Zapominam.

O wszystkim.
O ludziach.
O zobowiązaniach.
O planach.
O książkach.
O tym, co mam kupić w sklepie.

Gdyby nie kalendarz, zapominałabym o lekarzach.

Rządzi mną organizm, i to nawet nie mój, tylko Stasia. Wstaję głodna jak wilk i dopóki nie zjem śniadania mój mózg nie jest w stanie przyjąć prawie żadnych informacji. Siadam do komputera, miałam coś zrobić. Coś komuś wysłać. Dumam, dumam i moje myśli uciekają w kwestie wyprawki dziecięcej, zakupów w Ikea, porządku w szafie. Mały zaczyna się ruszać, nie lubi jak siedzę przy komputerze. Wstaję, kładę się, biorę leki, przysypiam. Budzę się, kwadrans zajmuje mi zafascynowana obserwacja, jak mój brzuch faluje, gdy mój syn ćwiczy przewroty i kopniaki. Głaskam koty. Coś miałam zrobić? Gdzieś, kiedyś? Naprawdę?

Nie będzie przesadą, jak powiem, że wszystkie wyższe myśli są u mnie aktualnie wyłączone. Jeść, spać, dumać o wyposażeniu domu (serio, to jedyne abstrakcyjne myśli ostatnio, chyba mi się wcześniej wicie gniazda włączyło), denerwować się, jak mały się za mało porusza, choć wiem, że pewnie śpi, bo właśnie zrobiłam kilka rund po mieszkaniu, w zasadzie bez celu. No dobra, trzy razy otworzyłam lodówkę.

Przeczytanie książki zajmuje mi wiele dni. Beksińscy leżą przeczytani w połowie, Bator w jednej trzeciej. Nawet książki o okołodzieciowe męczą mnie po kwadransie, chociaż to może dlatego, że przy ostatniej wzruszam się i beczę średnio trzy razy na rozdział ("Projekt macierzyństwo", jakby się kto pytał).

Z mądrych książek przeczytanych wcześniej wiem, że to "zapalenie mózgu" jest normalne. Że minie. Ale wiecie, jak coś ode mnie chcecie, to nie bójcie się przypominać. Uparcie i przez wszystkie kanały komunikacji. No, może nie dzwońcie po 21:00, bo już śpię. Jak nie odpisuję od razu, to dajcie mi chwilę na walkę ze wstydem, że kogoś zaniedbałam, na zapomnienie i przypomnienie sobie. Bo w końcu sobie przypominam.

(Napisanie notki zajęło mi godzinę.)


PS Podziwiam kobiety, które w tym czasie ciąży pracują zawodowo. Naprawdę - szacun.

sobota, 24 maja 2014

Ślub cywilny to nie prawdziwy ślub

Będzie o tym, co mnie wkurwia. Dla odmiany.

Przeczytałam ja dzisiaj na blogu koleżanki, którą lubię i którą szanuję, że mój ślub był jedynie cywilną umową, bo przecież paru minut przed urzędnikiem nie można nazwać "ślubem", bo jak to tak. I najpierw zrobiło mi się niemożebnie przykro. A potem się wkurwiłam. Aż się Staś zaczął mi w brzuchu kotłować.

Dlaczego, zapytacie. Przecież dziewczyna prawdę pisze. Jedyny ważny i "prawdziwy" ślub to taki przed księdzem, w kościele, trwający co najmniej pół godziny. Inaczej się nie liczy.

A chuj prawda.

Ślub jest tym, czym chcecie, żeby był. Jeśli idziecie do urzędu z nastawieniem, że to tylko formalność, papierek, i phi, nic tam w tym akcie nie ma, to będzie to tylko tym.

Jeśli pójdziecie do kościoła, bo chce tego rodzina i bo będzie to ładnie na zdjęciach wyglądało, to będzie to również tylko tym: odbębnieniem obowiązku i zaspokojeniem próżności. Szczególnie, jeśli z kościołem katolickim macie tyle wspólnego, że pojawiacie się na pogrzebach i ślubach rodzinnych, ostatnio na mszy byliście przed bierzmowaniem, mieszkacie od lat z partnerem/partnerką "na kocią łapę", a pojęcie grzechu jest dla was elastyczne. Wtedy do tego wszystkiego będziecie hipokrytami. Próżnymi hipokrytami.

To ja już wolę pójść do urzędu, w głowie mieć nastawienie na rytuał przejścia, przeżyć to głęboko i pięknie, a nie być hipokrytą. Bo czego, jak czego, ale hipokryzji nie znoszę. I mnie ona wkurwia.

Mój sztuczny ślub, z którego jestem dumna.

piątek, 2 maja 2014

Update

W przeddzień 20 tygodnia ciąży wyglądam jakbym zjadła większy obiad, najwyżej. Ciąża wklęsła normalnie. Minęła mi na szczęście olbrzymia senność z pierwszego trymestru, ale za to wpadły inne, mniej lub bardziej upierdliwe przypadłości. Serio, tego, kto nazwał ciążę stanem błogosławionym należałoby pociągnąć za koniem. Albo powiesić za mosznę, gdyż zakładam, że był to mężczyzna, najpewniej noszący czarną kieckę.

Jestem na zwolnieniu, miesiąc wcześniej niż planowałam. Mam leżeć i przemieszczać się w sposób dostojny, więc jest szansa, że niedługo zacznie być po mnie widać, że spodziewam się dziecka. Może tak jakoś w 30 tygodniu. Najbardziej mnie boli ban na jogę, zejść z trzech praktyk w tygodniu do zera absolutnego jest trudno. Noale jak mus to mus. Nadrobię w przyszłym roku.

Jestem typem szukającym wiedzy głównie w książkach. Kupiłam trzy książki dzieciowe, dwie o rodzicielstwie bliskości, jedną Tracy Hogg oraz "W Paryżu dzieci nie grymaszą". Jak odzyskam jedną z pożyczenia, to aż machnę recenzję zbiorczą, bo dawno się tak nie ubawiłam przy czytaniu. Oczywiście zdrażniłam się parę razy również, bo nie znoszę jak mną manipulują w sposób jawny i bezczelny. Niestety przodowali w tym państwo Minge oraz pani Stein od rodzicielstwa bliskości. Ci pierwsi robili to w sposób bezczelny, ta druga w sposób bardziej zawoalowany, ale nadal czytelny, przynajmniej dla mnie. Napiszę szerzej jakoś w tygodniu (z cytatami, żeby było weselej), bo w sumie co mam robić na tym L4. Plan jest, żeby się jeszcze Illustratora naumieć, oczywiście z książki, taka jestem analogowa. ;)

Poza tym siedzę na działce i się byczę. Chwilo trwaj.


PS W poniedziałek będzie wiadomo, czy poTomek czy poTomkini, więc proszę nie pytać ;)h