czwartek, 24 sierpnia 2017

Moja mleczna droga

Znalazłam szkic wpisu sprzed prawie dwóch lat. Postanowiłam go opublikować, ponieważ jestem przed kolejną drogą mleczną, kolejną niewiadomą historią i choć mam dość dużo już przepracowane, poukładane w głowie i emocjach, to jednak hormony robią swoje i znowu wracam myślami do pierwszego porodu i okresu bezpośrednio po nim. Chcę wierzyć, że jestem już mądrzejsza, że umiem zadbać o siebie i o to, by narodziny Alicji były odczarowaniem narodzin Stasia, ale zawsze jakiś punkt niepewności zostaje. Będę nad nim pracowała przez następne 10 tygodni.

A tymczasem możecie przeczytać, jaka byłam i co czułam w listopadzie 2015 roku. Pod wpisem mała klamra.

Dzień dobry, nazywam się Ola i karmię mojego syna piersią od czternastu miesięcy.

Tak, zamierzam karmić dalej. Nie, nie wiem, do kiedy. Myślę, że przed maturą się odstawi.

Tak, jest to dla mnie powód do dumy i bardzo ważna część życia.

Czy było trudno? Było bardzo trudno. Staś spędził pierwsze osiem dni swojego życia w inkubatorze/na oddziale neonatologii. Był karmiony moim mlekiem z butelki. Laktator był moim wiernym przyjacielem wtedy, co trzy godziny, system 7-5-3, dzień i noc. Był jedyną rzeczą, która trzymała mnie przy zdrowych zmysłach po koszmarnie ciężkim i urazowym porodzie i przy oddzieleniu od mojego dziecka.

Widzisz, Staś był malutki, na początku poznał butelkę i potem w domu było ciężko.

Nie, nie miałam w domu kupionego "na wszelki wypadek" produktu mlekozastępczego, butelek, wyparzaczy i tego całego badziewia. W głowie miałam, że będę karmić i karmiłam. Mimo że na początku nie umiał chwycić jednej piersi (teraz ta "zła" jest jego ulubioną), mimo że z niepokojem patrzyłam na zegarek, bo przecież powinien jeść co najmniej kwadrans, a nie 6 minut, mimo że szybko przy piersi zasypiał i miał żółtaczkę długo. Kiedy bolały mnie piersi, brodawki, plecy, ręce, byłam obolała po porodzie zabiegowym. Kiedy prawie non stop płakałam i wpadałam w histerię. Karmiłam.

Kiedy zluzowałam? Po pierwszym ważeniu. Okazało się, że przez te 6 minut wyciąga wszystko, co mu było potrzebne i przybiera genialnie. Podskoczył z 10 centyla na 25 i to przy tabelach przeznaczonych dla dzieci karmionych mm!A poza pierwszą dobą życia nie miał w ustach ani kropli mieszanki.

Och, bez wsparcia bym sobie nie poradziła. Serio. Bez męża, który ze stoickim spokojem (a też przeżywał wtedy wiele ciężkich emocji) upewniał mnie, ze nasze dziecko jest najedzone, że śpi, bo noworodki dużo śpią i tyle, że nie głodzę tego centrum mojego wszechświata. Bez mojej mamy, która z olbrzymią czułością upewniała mnie, że wszystko jest dobrze i będzie dobrze.

Skąd Tomek miał wiedzę o karmieniu? Ze szkoły rodzenia. Od Magdy Słomkowskiej. Ludzie, chodźcie do dobrych szkół rodzenia, prowadzonych przez doradczynie laktacyjne czy promotorki karmienia piersią. Chodźcie, chłońcie wiedzę, bo potem ona się tak bardzo przydaje.

Naturalnie przychodzi? Instynkt? Jak jesteś po dwunastogodzinnym porodzie, po całej nocy skurczy, potem błagania o zzo, a i tak kończy się tłumem ludzi w sali, użyciem kleszczy i wywiezieniem twojego dziecka daleko, to czujesz się głównie głodna, zmęczona ponad ludzkie pojęcie, pusta, załamana i masz pęknięte serce, bo panie z twojej sali mają dzieci przy sobie. Gdy dostajesz już swoją kruszynę na ręce, chcesz przystawić, to chcesz to zrobić dobrze. Nie łudź się, że za każdym razem położna ci pomoże. Nie pomoże. Jak nie masz wcześniejszej wiedzy, jak nie wiesz, co to jest nawał, jak mają wyglądać usta dziecka na twojej piersi, jeśli nie wiesz, jak trzymać dziecko i że brzuchem do brzucha, to do tych wszystkich emocji wyżej dodaj jeszcze bezradność i przekonanie o tym, że nie umiesz wykarmić swojego dziecka. Które to przekonanie zapewne będzie podbijane przez położne co krok proponujące butelkę z mm "żeby pani odpoczęła". No cóż, brutalnie powiem, że odpoczywałaś całe swoje wcześniejsze życie. Teraz zaczyna się robota. A jazda hormonalna po porodzie to jazda bez trzymanki. Oj nie, nie przesadzam.

Byłam jedyną matką na oddziale neonatologii Madurowicza, która podejmowała próby przystawiania do piersi i karmiła naturalnie. Jedyną. Laktoterroryzm personelu medycznego na całego.

W sumie nasza droga mleczna trwała 2 lata i 9 miesięcy. Staś odstawił się w 99% bezboleśnie na przełomie maja i czerwca tego roku, jak już byłam w drugiej ciąży.

Czemu karmiłam tak długo, pytacie? A ja się zapytam: a czemu nie? On tego potrzebował, przy całej rewolucji związanej ze żłobkiem i mamą w pracy, ja tego potrzebowałam (tak, wiem, PATOLOGIA, matka nie może potrzebować karmienia piersią, bo to zboczone), żeby dać mu bliskość, którą zabierałam na 10 godzin dziennie. Nie żałuję ani jednej łzy wylanej nad karmieniem, ani jednej nocy, gdy jadał raz - od 21:00 do 5:00 rano, ani jednego karmienia publicznie, niepublicznie, przed aparatem. To był nasz czas, a patrząc z perspektywy niekarmienia od paru miesięcy powiem, że był piękny. Jasne, często męczący, często chciałam sobie "cycki urwać i zostawić", ale nigdy nie miałam poczucia męczennicy, która się poświęca. Karmiłam, bo chciałam i tu jest właśnie clou tego całego zamieszania.

Przede mną karmienie Alicji. Jestem jeszcze mądrzejsza, mam jeszcze więcej wiedzy, mam tłum ludzi, którzy mnie wspierają i wiem, gdzie szukać pomocy. I głębokie przeświadczenie, że będzie dobrze. Musi.

Zdjęcie z sesji "Karmić po łódzku, karmić po ludzku", autorstwa Izy Maciejewskiej, izamaciejewska.pl


niedziela, 25 września 2016

Czarny protest, czarne myśli


Byłam dzisiaj na Czarnym Proteście organizowanym przez Partię Razem w odpowiedzi na przyjęcie przez Sejm do dalszych prac w komisjach projektu ustawy całkowicie zakazującej aborcji i kryminalizującej aborcje, poronienia i ograniczająca możliwości badań prenatalnych (analizę zrobiła Srebrna). 

Byłam dzisiaj na proteście. Ja, która nigdy na protesty nie chodziła. Ale która od zawsze mówiła, że grzebanie w sprawach pozbawiających kobiety, pozbawiających mnie, prawa do decydowania o swoim ciele, będzie tym, co mnie na ulicę wyprowadzi. A nawet sprawi, że będę robić transparenty.

To, co mnie uderzyło na dzisiejszym proteście to ilość ludzi z dziećmi i kobiet w ciąży. Ja też byłam w grupie znajomych matek, z których kilka było w ciąży z drugim dzieckiem. Po stronie "antydemonstracji" była grupa starszych panów i pryszczatych nastolatków z zepsutym megafonem nauczonych odpowiadać hasłami bez myślenia o ich treści. Obrazek mówiący sam za siebie. 

Obrzydliwy projekt ustawy autorstwa Ordo Iuris ma na celu odebranie kobietom prawa do decydowania o sobie, fundamentalnego prawa człowieka. A my, matki, wiemy już, jak ważne, jak podstawowe jest to prawo. 

My, które byłyśmy w ciąży bezproblemowej i idącej gładko i my, które miały ciążę zagrożoną i 40 tygodni drżały o życie i zdrowie swojego dziecka i swoje.
My, które miałyśmy piękne porody i te, które wyszły z oddziału porodowego z zespołem stresu pourazowego. 
My, które mamy dzieci niepełnosprawne i my, których dzieci rozwijają się pięknie.
My, które przeżyłyśmy tragedie i te, u których zawsze było wszystko w porządku. 
My, które zachodziłyśmy w ciąże przypadkiem, my, które starałyśmy się o dziecko długo, my, które musiałyśmy się leczyć i korzystać z rozwoju nauki, żeby zajść w ciążę.
My, samotne matki i my, mające partnerów.

My wszystkie wiemy, że zmuszenie kobiety do bycia w ciąży i urodzenia dziecka jest pogwałceniem najgłębszego, najbardziej fundamentalnego prawa do decydowania o swoim ciele. Nikt nie może nas zmusić do rodzenia dziecka. Nikt nie ma do tego prawa. Moje ciało, moja płodność, moja macica są MOJE. Nie są własnością publiczną. Nie są w ogóle - nie powinny być - przedmiotem debaty. 

My, kobiety, jesteśmy pełnoprawnymi, myślącymi członkiniami społeczeństwa i mamy prawo decydować o sobie i o swojej płodności. Ale najbardziej przerażające jest, ile kobiet o tym nie wie. Uczone od małego, że o ich życiu decyduje ktoś inny (rodzice, nauczyciel, lekarz, ksiądz), że ktoś inny mówi im, jakie powinny być i co powinny robić, żeby być "normalne", teraz chcą takie traktowanie przenieść do prawa. Bo nie wiedzą, że można inaczej. To jest wielka tragedia, na którą my, wykształceni, oczytani ludzie z pierwszego świata, możemy tylko patrzeć bezradnie. Bo po stronie twórców projektu też są kobiety, też są matki. Ale tak zostały wyprane z empatii do innych kobiet, że będą przyklaskiwać uwłaczającym kobietom pomysłom.

Koleżanka dzisiaj powiedziała: "Jestem tutaj, ale to i tak nic nie da". Najprawdopodobniej faktycznie nic nie da, bo dzisiejsza władza w tym kraju nie słucha myślących inaczej. Ale jednak bycie na ulicy, słuchanie hasłeł, czasami ich krzyczenie, ma jedną podstawową wartość: zdejmuje nieco poczucie bezradności. Daje jakiś płomyk nadziei, że może to wszystko sen zły, że może pryśnie. To jest mój kraj i chcę w nim żyć bez lęku. A na razie mam w sobie tylko lęk. Nie wyobrażam sobie, jak bardzo boją się matki córek. 

Dlatego będę chodzić na marsze, protesty, krzyczeć, robić transparenty i ubierać się na czarno. Bo już raz zostałam całkowicie pozbawiona kontroli nad moim ciałem i wyprana z godności. To było podczas porodu. A teraz podejmuję świadomą decyzję: nigdy więcej.

sobota, 30 stycznia 2016

Co z tą wiedzą?

Jest tak. 
Na początku uczysz się w liceum i wiedza, no, jest obowiązkiem. Czasami przykrym, czasami przyjemnym, niemniej obowiązkiem. Piątka, trója, pała, poprawka, udało się. Potem jest matura, oczywistość, potem idziesz na studia. Tu zdobywanie wiedzy staje się frajdą (jak się dobrze studia wybrało). Pogłębiasz, kopiesz, ekscytujesz się (też jesteś w takim wieku, że ekscytacja przychodzi szybko). Społeczeństwo popiera. Ucz się, ucz, dopóki ci się komórki nerwowe jeszcze rozwijają, a nie zwijają. Jest fajnie. 

Potem zwykle zaczynasz pracować, większość fajnej wiedzy ze studiów gdzieś tam w mózgu siedzi, ale 
bardziej przydatna jest wiedza, co gdzie komu i kto jaki jest i co trzeba, żeby załatwić. Życie.

A potem część zostaje rodzicami.

I nagle okazuje się, że wiedza jest niepotrzebna! Że to wszystko instynkt przecież! Jaka szkoła rodzenia, nie masz na co kasy wydawać?! Z książek będziesz dziecko wychowywała, no ja nie mogę! I czemu te internety tak czytasz, przecież tam nic mądrego nie piszą! I tak dalej.

Otóż.
Hm.  
Nie. 
Instynkt bez wiedzy nie zadziała jak trzeba. Młoda mama po porodzie jest w najbardziej wrażliwym punkcie swojego życia, ma asertywność na poziomie minusowym i posłucha każdego, kto deklaruje, że chce dla jej dziecka dobrze, a ONA ROBI ŹLE. Chyba że ma wiedzę nabytą wcześniej. Chyba że spędziła co najmniej tyle samo czasu na czytaniu o karmieniu piersią (toż to sam instynkt, tyle że nie), ile na wybieraniu obicia wózka. Chyba że poczytała w internetach i wybrała szpital z dobrą kadrą, wspierający. 
Młody tata bez szkoły rodzenia lub dobrej książki będzie bał się dotknąć dziecka. Przewinąć. Podnieść. Bo jeszcze krzywdę zrobi. Nie będzie wspierał w trudnych chwilach, będzie dodawał wątpliwości już i tak pełnej wątpliwości mamie. 
Więc zachęcam — ludzie, czytajcie. Czytajcie najpierw internety, recenzje, żeby wybrać dobre książki. Potem czytajcie te książki. O karmieniu, o noszeniu, o przewijaniu (tak! to też trzeba opanować, żeby krzywdy nie zrobić!), o kąpaniu, o standardach opieki okołoporodowej, o tym, co naturalne, a co jest wymysłem kultury zachodniej (np. oddzielne pokoje dla dziecka od początku). O wszystkim. Czytajcie, filtrujcie, dzielcie przez siebie i swój temperament, potrzeby, ograniczenia, poglądy. Miejcie otwarty umysł, bo poglądy mogą się Wam zmienić o 180 st i to zwykle wyjdzie wam to na zdrowie. Wiedza, każda wiedza jest dobra. Rady od waszych rodziców też są dobre — przynajmniej będziecie wiedzieć, co mówiono i jak robiono 30 lat temu. Jednocześnie miejcie w głowie, że babcia może się mylić. Że — fakt — wychowała w taki a nie inny sposób i żyjo!, ale wasze dziecko Wy wychowujecie w swój sposób i też będą te dzieci żyć. Czy szczęśliwiej czy nieszczęśliwiej to już zostawcie do oceny swoim dzieciom za 30 lat. To za każdym razem jest test na żywym organizmie, jednej sprawdzonej recepty nie ma. 
Nie bójcie się iść swoją drogą, tylko wybierzcie ją świadomie. 

———
W marcu i kwietniu idę na kurs Promotora Karmienia Piersią, czyli będę certyfikowaną laktywistką (czy, jak kto woli, laktoterrorystką). Będzie się wtedy można mnie pytać o różne rzeczy i ja odpowiem, bo będę wiedzieć. Jak się uda, to planuję spotkania o karmieniu za symboliczną opłatę i będę też dostępna dla młodych mam, żeby pomóc na początku mlecznej drogi. Konsultacja będzie kosztowała tyle, co puszka mleka modyfikowanego.


wtorek, 5 stycznia 2016

I'm on seafood diet

I see food and I eat it - czyli nie ma to jak zacząć od suchara. Dziś będzie o jedzeniu.

Dzisiaj rano napadła mnie myśl, która wymaga jakiegoś większego rozwinięcia. Otóż uwielbiam gotować, lubię jeść, ale nie znoszę myśleć o jedzeniu. Myśl ta najprawdopodobniej napadła mnie, bo ostatnio coraz więcej widzę, słyszę, czytam o znajomych na różnego rodzaju dietach. A dieta to dla mnie kwintesencja konieczności myślenia o żarciu w każdej sekundzie. To całe planowanie, czytanie etykiet, przeliczanie, ważenie, czytanie artykułów, nakręcanie się nieustanne. Czasami spowodowane kwestiami zdrowotnymi — tak, byłam tam, musiałam jeść w określony sposób, nigdy więcej — i tu wymóg diety rozumiem. W innym przypadku to tylko wybór. Wybór, który szanuję, choć nie zawsze jestem w stanie zrozumieć. Bo ja naprawdę nie znoszę myśleć o żarciu. Jasne, teraz, kiedy żywię nie tylko siebie, ale też małego człowieka, do mojej kuchni chyłkiem wprowadziła się kasza jaglana, płatki owsiane, mleko roślinne; więcej też pieczemy i dusimy niż smażymy. Ale poza tym moja miłość do dobrych smaków wygrywa. Jak coś jest dobre, to to jemy. Tak, białe pieczywo też. Tak, parówki też. Warzywa i owoce z marketu też się zdarza, choć pod blokiem mam niezły warzywniak i tam się zaopatruję — choć w sumie to jeden pies, wszyscy biorą towar z jednego źródła przecież. Mięso kupuję w sklepie mięsnym na rynku lub (zgroza!) w markecie. Tak, kurczaki też. Nie żeby mały człowiek w ogóle jadał mięso, on żyje na owsiance, owocach, ziarnach, chlebie i moim mleku. Ma się dobrze.

W "eko" nie bardzo wierzę, więc darujmy sobie ten temat.

A ogólnie to chyba chciałam napisać, że życie ogólnie jest niezdrowe i prowadzi do śmierci. Przyjemności jest w zasadzie niewiele, więc bardzo świadomie nie zamierzam ograniczać jednej z nich. Bo naprawdę ja lubię dobre żarcie. Jak jest przy okazji zdrowe, to tym lepiej dla niego.


PS. Blogger mi tu podpowiada, że to 40 wpis na tej inkarnacji bloga. Ładna liczba.

środa, 9 września 2015

20 minut

Jakże ja podziwiam te wszystkie matki, które po położeniu progenitury spać mają jeszcze siłę i chęć zająć się... w zasadzie czymkolwiek. Niestety nie należę do tego chlubnego gatunku, gdyż jak synu zasypia godzinę (jak dzisiaj), to po wstaniu od śpiącego mam siłę jedynie na poklikanie w internety, pogłaskanie kotka (tego, który pierwszy wskoczy mi na kolana, a jest zwykle wyścig) i kwadrans później idę myć zęby i zalegam obok syna. I z jednej strony mi z tym źle, wymyślam, że mogłabym chociaż godzinę wieczorem poświęcić na COŚ, ustalam sobie plan, że 20 minut czytania (nie internetsy), 20 minut kolorowanek, 20 minut pisania, ot tak, dla higieny umysłu... A z drugiej strony zwyczajnie mi się nie chce i po całym dniu zabaw na podłodze, ganiania dziecka, żeby nie jadło dywanu czy kartonowego pudła, kilometrów z wózkiem, mam ochotę po prostu spać. I tak #samaniewiem, czy jestem leń patentowany i mam się zmuszać do czynności czy jednak być empatyczną wobec siebie i nie kłócić się z ciałem, które Chce Spać.

Czyli podsumowując stan na dzisiaj:
MEH.

A tak w ogóle to zleceń szukam. Zdalnie najlepiej, korekta, redakcja, skład, żebym mogła po nocach robić (perspektywa zarobienia pieniędzy skutecznie odpędza sen, zaręczam). Jakby ktoś coś wiedział, słyszał, to zapraszam.

środa, 26 sierpnia 2015

Polcon

Czyli słów parę o konwencie z niemowlakiem.

Wyjazd do Poznania był świetny. Po pierwsze dlatego, że bardzo lubię to miasto; po drugie, ponieważ były to pierwsze nasze wakacje od stycznia 2014 i pierwsze wspólne - we trójkę; po trzecie, ponieważ był Polcon, byli ludzie, były dewirtualizacje. Ale po kolei.

Mieliśmy jechać samochodem, pojechaliśmy pociągiem i był to strzał w dziesiątkę. Bilety kupione online, zapłacone online, wydrukowane samodzielnie - hAmeryka, panie, i nieco zaoszczędzonego stresu. Bagażowo mieliśmy duży plecak, mały plecak i wózek ze Staśkiem. Ręce wolne, co zawsze jest moim celem, jak gdzieś wyjeżdżam. Wsiedliśmy na stacji Łódź Chojny trzy kroki od domu, więc ominęła nas gorączka tłumu na Kaliskiej - następny dobry pomysł. Już na stacji zamotałam Młodego w chustę, co ułatwiło wdrapywanie się do pociągu i późniejsze zasypianie. Bo Staś w pociągu spał na początku, potem się bawił (oprócz nas jedna osoba w przedziale), potem trochę marudził, bo nudno i się tłoczniej zrobiło, więc nie mógł swobodnie raczkować po podłodze.

Dojechaliśmy zgodnie z planem, uzbrojeni w Google maps dotarliśmy do miejsca pracy naszego znajomego, który nas gościł (Leszek, dziękujemy raz jeszcze!) i powędrowaliśmy na teren konwentu, czyli Politechnikę Poznańską. Przy akredytacji pustki, szast-prast i mamy materiały konwentowe w garści. W czwartek nie zostaliśmy na żadnej prelekcji, bo chociaż bardzo chcieliśmy iść do Sirocco, to była ona o 19:00, a Stasiek zaczynał już pomarudowywać - w końcu dzień był pełen wrażeń. Więc potuptaliśmy na miejsce noclegu.



Następny dzień spędziliśmy w większości na terenie konwentu i pobliskiej Malcie, żonglując opieką nad synem. Nie jest to hiperwygodne rozwiązanie, ale sprawdziło się tym razem. Młody spędził dzień raczkując po polibudowych trawnikach i zaczepiając ludzi, rodzice byli na prelekcjach i spotkaniach autorskich. Wszyscy zadowoleni :)



W sobotę z grubsza powtórzył się system piątkowy plus miałam przemiłe spotkanie "kolorowankowe" na kocyku. Ogólnie kocyki tzw. piknikowe rządzą, jak nie macie, to sobie sprawcie. W sobotę była już grana chusta wieczorem, bo Stasiek przedawkował nowe ciotki i wujków i był już bardzo marudny pod wieczór. Dlatego również ominęliśmy galę Zajdlową, smuteczek. Miałam nadzieję, że się da. Na szczęście relacja na blabie i fb była na żywo. Oczywiście wygrali moi faworyci, a jak.



Niedzielę spędziliśmy zwiedzając miasto, bo T. był w Poznaniu pierwszy (choć zapewnia, że nie ostatni) raz. Żałuję, że nie udało mi się spotkać z poznańskimi znajomymi, bo oczywiście jak raz na ruski rok przyjeżdżam do tego miasta, to wszyscy miejscowi z niego wyjeżdżają :D Ale nadrobi się.
Wracaliśmy również pociągiem, tym razem tłoczniejszym (niedziela, trasa Świnoujście-Kraków, prawda). Ale współpasażerowie byli przemili, zabawiali Stasia i nie wykazywali zniecierpliwienia jak miał chwile słabości. Bo ogólnie jeżdżenie pociągiem podoba mu się bardziej niż samochodem.


W przyszłym roku Polcon jest we Wrocławiu, Staś będzie miał niecałe 2 latka i plan jest, by rodzice się wyrwali bez niego. Pożyjemy, zobaczymy.



czwartek, 6 sierpnia 2015

YOU KNOW NOTHING

Zdaję sobie sprawę, że większość moich wpisów na portalach społecznościowych dotyczy ostatnio Stasia i tematów okołodzieciowych. Naprawdę, zdaję sobie z tego sprawę. Choć dwa lata temu (ba, rok temu, jak jeszcze w ciąży byłam) na ludzi robiących wtedy dokładnie to, co ja teraz, patrzyłam z politowaniem i westchnieniem podenerwowania czasami, mamrocząc pod nosem inwektywy o odpieluszkowym zapaleniu mózgu, tak teraz głównie się z siebie śmieję, gdy publikuję kolejne zdjęcie syna lub jakieś coś o karmieniu piersią, chociażby. Nie będę Was prosić o wybaczenie, bo serio twierdzę, że nie ma co wybaczać. Taki mam etap w życiu, że się zachłystuję tym nowym życiem, które stworzyłam. Przejdzie mi kiedyś. Jak mnie lubicie (a lubicie, nie?) to poczekacie. A w międzyczasie możecie sobie mnie odfiltrować z aktualności na fejsbuniu, nie obrażę się, zapewniam ;)

Zmieniłam teraz nastawienie do wielu rzeczy, od wpisów świeżych rodziców począwszy, na sposobie karmienia niemowlaka skończywszy. Pewne rzeczy wcześniej uznawane za nieważne lub zbywane wzruszeniem ramion stały się teraz ważne, inne odwrotnie. Bo macierzyństwo funduje takie przemeblowanie w głowie, że zaprawdę czuję się, jakbym wcześniej była jak John Snow i nie wiedziała NIC. Bo niedzieciaci w kwestii dzieci naprawdę nie wiedzą nic. Dużo rzeczy im się wydaje (jako i mnie się wydawało i miałam rację, wydawało mi się), ale wiedza w tym aspekcie życia przychodzi tylko przez doświadczenie. Ja nadal wiem niewiele ponad nic.

A z rzeczy pozadzieciowych - jadę z rodziną (cholera, miało nie być o dzieciach!) na Polcon. I naprawdę, naprawdę już się nie mogę doczekać :)